[ Pobierz całość w formacie PDF ]

na Saint-Antoine. Siedział skulony na łóżku i muskał palcami aksamitną narzutę. Czuł
się tak przepełniony miłością i wdzięcznością dla tych ludzi, którzy zabrali go ze sobą,
że mógłby mówić. Otworzył usta i nabrał powietrza do płuc. W ciszy usłyszał spokojny
oddech psa śpiącego na podłodze przy łóżku. Cicho wypuścił powietrze i, podnosząc
głowę, przez otwarte okno zobaczył nad parkiem spadającą gwiazdę.
Pan de Berle stał przy oknie i patrzył na park. Noc zamazała fantastyczne kolory
i wszystkie klomby wyglądały teraz jednakowo. De Berle wątpił. Wątpił w Księgę, w sens
wyprawy, w osiągnięcie jakiegokolwiek celu, w uwolnienie kawalera. Miał świadomość,
że rozwój wypadków już za daleko odwiódł ich od wcześniejszych planów. Wszystko
wymykało się kontroli, a on nie był na to przygotowany. Czuł się rozczarowany i coraz
bardziej zdecydowany wracać do Paryża, nawet bez względu na to, czy doczekają się ka-
walera d Albi. De Berle utracił całą swoją wiarę.
Przeczuwał, że Bóg poplątał ich ścieżki.
W pokoju Burling a paliła się jeszcze świeca. Anglik siedział przy małym stoliczku
do gry w karty, obitym zielonym suknem, i wodził po nim palcem. Czuł, że otacza go
jakaś tajemnica. Coś tu było niedopowiedziane, coś przemilczane, coś, co było właśnie
najistotniejsze. Mimowolnie narysował palcem na suknie kółko, potem jeszcze jedno.
Zastanawiał się przez chwilę i dorysował jeszcze dwa. Próbował połączyć je ze sobą
w jakiś sensowny i harmonijny sposób, ale nagle zrezygnował. Starł dłonią wyimagino-
wany rysunek i zaśmiał się sam do siebie. Zdmuchnął świecę i położył się spać.
41
Markiz narysował kredą okrąg wokół siebie. Stał w środku wyprostowany, z głową
lekko opuszczoną na piersi. Widział w swoim ciele powietrze, które rozjarza się i do-
ciera do najdalszych jego zakątków. Do palców u stóp, nóg, lędzwi, dłoni, całych rąk,
piersi, szyi i głowy aż po koniuszki włosów. Wtedy poczuł, że znalazł się znowu w roz-
świetlonych, bezkresnych przestrzeniach. Dawno go tu nie było. Słyszał jednostajny
dzwięk podobny do szumu morza. To, co w nim było, wysunęło się delikatnie z ciała
i zawisło wyżej. Zobaczył z góry swoje samotne, opuszczone ciało. Zdziwił się, bo ujrzał
w ciele coś, czego do tej pory w nim nie było. Jakby tęsknotę, dążenie, niepokój, i było
to jak niewidoczny sznur, który nie pozwalał mu pójść dalej i wznieść się wyżej. Moc,
którą był Markiz, spłynęła z powrotem do ciała i otworzyła mu oczy. Poruszyła ciężkimi
kotarami przy oknie, tak że zafalowały jak od przeciągu. Ale to nie wystarczało. Markiz
chciał znaku. Pragnął mieć pewność, że jego istnienie, jego cel, mieści się wciąż w pla-
nach wszechświata.
Oddychał spokojnie i głęboko. Jego oddech sięgał aż do stóp i jeszcze niżej, w głąb
ziemi. Poczuł, jak powierzchnia koła wibruje pod nagą skórą jego stóp. Teraz już wie-
dział, że nic nie może mu przeszkodzić. %7ładne ciało, ani konkretne, fizyczne, ani men-
talne nie ma już nad nim władzy. Był samym sobą i dotykał swojej najgłębszej istoty.
Dotknął czoła i powiedział:
 Ate.
Dotknął piersi i powiedział:
 Malkuth.
Dotknął prawego ramienia i powiedział:
 Wegebura.
Dotknął lewego ramienia i powiedział:
 Wegedula.
Potem skrzyżował ręce na piersi.
 Le-dam amen.
 Ukaż mi, Panie, Księgę , pomyślała w nim Moc. Zobaczył Archanioła w żółtej sza-
cie powiewającej na wietrze, pobłyskującej odcieniami purpury. Archanioł trzymał
w wyciągniętych rękach Księgę. Wiatr poruszał stronicami. Były puste.  Gdzie jest mą-
drość zapisana w Księdze? , zapytała w nim moc. Archanioł miał długie włosy i wyglą-
dał jak kobieta. Poruszył ustami, ale nie słychać było żadnego dzwięku.
Wtedy do Markiza podeszły liczby.
 Cała Moc, jakakolwiek była i jakakolwiek będzie, zawiera się we mnie , powie-
działo Zero.  I nie ma niczego, co by było czymś więcej niż ja. Jestem tym, co zawsze
było, co jest i zawsze będzie. Tym, co nie ma granic ani jakości, a jednak wszystko okre-
śla. Zawieram w sobie wszystko, co wyobrażalne i niewyobrażalne. Jestem bowiem po-
czątkiem i końcem. Jestem nasieniem, z którego wyrósł świat i do którego powróci.
42
Potem nadeszła Jedynka i powiedziała:  Jestem wolą życia, która wciąż stwarza
świat i podtrzymuje jego istnienie. Jestem ustami, które wypowiadają JA JESTEM.
Istnieję, żeby widzieć samą siebie i w nieskończoność powtarzać święte słowo JESTEM.
Ode mnie bierze początek wszelka myśl i wszelkie słowo. Określam, więc istnieję. Chcę,
więc jestem.
 Ja nadaję formy nieskończonej mądrości , powiedziała Dwójka.  W swoich for-
mach mądrość przygląda się sobie i staje się jeszcze większa. Jestem siłą życia, bo jestem
lustrem. Podwajam jedność. Mnożę i daję życie.
 Jestem zrozumieniem, a więc czymś więcej niż mądrością , powiedziała Trójka.
 Rozumiem doskonałość prawa kosmosu. Zrozumienie tego jedynego prawa prowadzi
mnie krok po kroku do wyzwolenia.
 Ale dopiero ja robię użytek ze zrozumienia , powiedziała Czwórka.  Rozumiejąc
prawo, stosuję je w świecie, oblekam w formę i buduję porządek. Czerpię z niezmierzo-
nych bogactw wszechświata i czynię rzeczy duchowe i materialne pożytecznymi i po-
trzebnymi. Każdy otrzymuje tyle, ile ma dostać. Nie ma pomyłki. Jest prawo.
 Nie ma pomyłki, jest prawo , powtórzyła Piątka.  Ja rozpoznaję przejawy niezmien-
nej, kosmicznej sprawiedliwości we wszystkich zdarzeniach, które mają miejsce w świe-
cie. Nic się nie dzieje poza prawem, nic nie bierze się z niczego. A wszystko ma swój
czas i swoje miejsce. Rozumiem konieczność i dlatego jestem lękiem, buntem i rozpa-
czą. Jestem przejawem ślepej siły, bo ukazuję granicę wszelkich poczynań. Jestem nie-
zmienną sprawiedliwością.
 Sprawiedliwość jest harmonią i czystym pięknem , powiedziała Szóstka.  Dlatego
we wszystkich rzeczach, wielkich i małych, widzę piękno porządku świata. Części wi-
dziane każda z osobna są złudzeniem, które rodzi zwątpienie. Lecz widziane razem bu-
dują świat na rusztowaniach z miłości.
 Wspomagana przez mądrość i zrozumienie, przez prawo, sprawiedliwość i piękno,
jestem zwycięstwem istnienia nad nieistnieniem , powiedziała Siódemka.
 Istnienie jest wieczne , powiedziaÅ‚a Ósemka.  Jestem nieskoÅ„czonoÅ›ciÄ…, w której
zawiera się rozkwit i upadek, ruch w górę i ruch w dół, rozwijanie się i zwijanie. Jestem
rytmem wszechświata, gdzie sprzeczność jest pozorem, bowiem wszystko jest dopełnie-
niem wszystkiego.
 We mnie zaczyna się koniec cyklu , powiedziała Dziewiątka. Jestem osiągnięciem
celu. Lecz w osiągnięciu celu nie kończy się żadne dążenie, w każdym końcu bowiem
zawiera się ziarno nowego początku i w każdym początku jest koniec.
Na koniec do Markiza podeszła Dziesiątka.  Ja jestem królestwem, bo łączę to, co
potężne, lecz rozmyte, z tym, co słabe, lecz konkretne. W każdej najmniejszej rzeczy
mieści się nieskończenie potężne Królestwo Ducha.
43
Markiz stał twarzą zwróconą ku oknu wychodzącemu na park. Po niebie przemknął
błysk spadającej gwiazdy, ale Markiz nie mógł jej zobaczyć rozszerzonymi, szklistymi
oczyma.
Nie wiadomo tylko, co tej nocy robił pan de Chevillon. Odszedł szurając i powłó-
cząc nogami po schodach i przepadł gdzieś w dziesiątkach swoich pokoi.
8 [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl