[ Pobierz całość w formacie PDF ]

sobie, że nie ma dla kogo. Gdy - by zaproponowała
przygotowanie posiłku dla księcia, jego kucharz byłby na
pewno oburzony. Mógłby nawet zrezygnować z pracy, a tego
książę na pewno by nie zniósł.
- Chcę panią o coś zapytać - powiedział książę do Uny,
która nie odrywała wzroku od białych łabędzi pływających
majestatycznie po gładkiej tafli jeziora.
- O co chodzi?
- Co myślała pani ostatniej nocy, kiedy tańczyła La
Goulue? Z pewnością jej taniec trochę panią zaskoczył?
Przez chwilę nie odpowiadała.
Miałem rację - powiedział do siebie. - Ani Dubucheron,
ani ta dziewczyna tego się nie spodziewali. Zauważyłem, że
nie była zszokowana i nawet nie udawała, że odwraca twarz.
Zastanawiał się, jak teraz spróbuje się z tego
wytłumaczyć.
- Tata zawsze mi mówił - odezwała się - że w nagości nie
ma nic złego, tylko ludzie zepsuci mogą doszukiwać się
czegoś nieprzyzwoitego w obrazach Afrodyty lub posągu
Wenus.
- Zgadzam się, ale chcę wiedzieć, co pani myślała o La
Goulue?
- Na początku byłam trochę zażenowana sposobem, w
jaki tańczyła. Pózniej porównałam to do rysunków
prehistorycznych ludzi. Dzisiaj wydają się nam prymitywne, a
przecież namalowali je artyści dążący do pewnego ideału
piękna, które udało się osiągnąć Michałowi Aniołowi i
Botticellemu.
Książę słuchał z wielką uwagą.
- Te wczesne malowidła w jaskiniach i katakumbach były
owocem wysiłków ludzi, którzy przedstawiali to, co potrafili.
- Sugeruje pani, że taniec La Goulue był prymitywny, a
jednocześnie najlepszy, na jaki ją stać.
- Być może zle to wszystko wyraziłam - odparła
bezradnie. - Ale myślę, że pan również wolałby, tak jak ja
oglądać piękny balet np: Sylfidy. Tańcząca wczoraj kobieta
dążyła do czegoś, czego nigdy nie osiągnie, ale wiedziała, że
na tym właśnie polega doskonałość jej sztuki.
Książę był zdumiony, nigdy nie przypuszczał, że można
dać taką interpretację wyuzdanego tańca La Goulue.
- Kto pani to powiedział? - spytał ostro. - Dubucheron?
Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Oczywiście że nie. Sama tak uważam. Czy to zle?
Wyglądała na zaniepokojoną. Bała się, że w oczach
księcia zobaczy dezaprobatę.
- Nie, ale byłem szczerze zdziwiony, że nie była pani tym
tańcem zgorszona.
- Gdyby to było gorszące, czy wziąłby mnie pan ze sobą?
- Zdecydowałem się pójść do Moulin - Rouge, zanim
panią spotkałem.
- Cieszę się, że tam byłam, ale już więcej nie pójdę.
- Dlaczego nie?
- Mama na pewno by tego nie pochwalała. Uważam, że
jest to miejsce rozrywki dla panów.
- W Paryżu jest mnóstwo takich miejsc. Chyba nie chce
pani powiedzieć, że nie pojedzie tam ze mną?
- Z przyjemnością... pojadę z panem wszędzie. Ale czy
naprawdę podobał się panu taniec La Goulue?
- Dlaczego pani o to pyta?
- Ponieważ czuję, że podobają się panu rzeczy piękne.
Ktoś kto mieszka mając na ścianach Fragonarda i Bouchera,
musi dostrzegać różnicę pomiędzy nimi a plakatami w Moulin
- Rouge.
- Widziała je pani?
- Tak, czekając na powóz.
- Wie pani, kto je namalował?
- Zapewne Toulouse - Lautrec. Ponieważ go widziałam,
rozumiem, dlaczego potrafi malować tylko brzydotę.
- Czy myśli pani, że w swoim malarstwie człowiek potrafi
wyrazić siebie?
Stanął jej przed oczyma niedokończony obraz z pracowni
ojca, który przedstawiał ówczesny stan jego umysłu. Na samą
myśl o tym wzdrygnęła się. Książę nie zrozumiał dziwnego
wyrazu jej twarzy.
 Dręczę ją - pomyślał. - Jest niezwykle inteligentna jak na
tak młodą kobietę".
Pózniej zdecydował, że za tym na pewno stoi Dubucheron.
Byłby głupi, gdyby choć przez chwilę uwierzył, że
dziewiętnastoletnia dziewczyna z własnej inicjatywy mogłaby
prowadzić z nim tak poważną rozmowę. Zresztą żadnemu
mężczyznie nigdy by na tym nie zależało.
Większość z nich przyjeżdża do Paryża dla rozrywki i już
dawno zażądaliby od niej cielesnych przyjemności. Wydawało
się mu, że chińska łamigłówka, którą zamierzał rozwikłać, nie
była taka łatwa, jak się spodziewał, i zdecydował się na
zmianę taktyki.
- Co chciałaby pani robić dziś po południu?
- Czy moglibyśmy kontynuować przejażdżkę w pańskim
wolancie. To takie ekscytujące: wspaniałe konie i Paryż,
jakiego nigdy nie widziałam.
- Zapomniała pani o czymś najważniejszym.
- A co to takiego?
- Nie wspomniała pani o osobie, która będzie powozić...
- Ma pan na myśli siebie...?
- Czuję się trochę zaniedbywany. Roześmiała się.
- Cóż mam powiedzieć... że wasza książęca mość powozi
lepiej niż ktokolwiek inny? Jest pan taki miły, czuję się, jakby
to był wspaniały sen. Modlę się, żeby moje towarzystwo
szybko się panu nie znudziło.
- Obawiałem się, że zapomniała pani o moim istnieniu...
- Jakżebym mogła! Boję się, że to wszystko jest zbyt
piękne, że nagle obudzę się z powrotem w klasztorze...
- Mam wątpliwości co do tego klasztoru.
- Wątpliwości?
- Zawsze myślałem, że dziewczęta z klasztornych szkół są
zbyt nieśmiałe, żeby cokolwiek po - wiedzieć, grube i ociężałe
od tej zdrowej żywności którą je tam karmią.
- Byłam onieśmielona, kiedy po raz pierwszy pana
zobaczyłam.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Raczej nie jestem nieśmiała. Może dlatego że
nigdy nie spotykałam dystyngowanych ludzi... Ale to chyba
nie to.
- A co? - nalegał.
- Wydawał się pan taki wytworny, ale było chyba coś
jeszcze...
- Co takiego?
- Każdy człowiek wydziela pewne fluidy - wyjaśniła. -
Potrafię od razu wyczuć, czy są przyjazne, czy nie... Ale
czasami trudno je określić.
- A co pani sądzi o moich fluidach? - dopytywał się.
- Poczułam, że są inne od wszystkich, które znam.
Spojrzała w jego oczy i dodała z przerażeniem:
- Pewnie pan myśli, że plotę bzdury. Dlaczego chce pan,
żebym mówiła o sobie? Wolę rozmawiać o panu i o Paryżu.
- A co jest bardziej interesujące?
- Wiem, że to niegrzeczne, ale powiem: Paryż! Roześmiał
się.
- Nie wiem, co mam o pani myśleć. Jest pani zbyt piękna,
żeby była prawdziwa.
Zobaczył, że nie zrozumiała, a ponieważ nie chciał, aby
odgadła jego myśli, powiedział:
- Chętnie pokażę pani Paryż. Prawdę mówiąc podoba mi
się jazda tymi pożyczonymi końmi. Moje przyjadą dopiero
jutro.
- Sprowadza pan konie do Paryża?
- Rzadko kiedy się bez nich obywam.
- Cudownie! Musi pan być bardzo bogaty. Bogactwo pod
wieloma względami może być ekscytujące, ale przypuszczam,
że to nie wystarcza.
- Co pani przez to rozumie?
- Zawsze wydawało mi się, że ludzie lubią stawiać sobie
wyzwania. Chcą osiągać cele, być zwycięzcami, zdobywcami.
- A ja, zdaniem pani, co robię?
- Nie znam pana wystarczająco dobrze, aby odpowiedzieć
na to pytanie, ale jest w panu tyle witalności i siły, że mógłby
być pan Jazonem szukającym złotego runa, Herkulesem
zmagającym się ze swoimi pracami, albo sir Galahadem w
poszukiwaniu świętego Graala.
- Zadziwia mnie pani. Mimo wszystko czuję się
zaszczycony pani opinią o mnie. A teraz powinniśmy już iść.
Rozejrzała się wokół. Prawie wszyscy goście opuścili
stoliki. Kiedy wyjechali z restauracji, odezwała się:
- Jeśli zechce mnie pan gdziekolwiek zabrać, czy mógłby
mi pan powiedzieć, jak powinnam się zachować. Nie
chciałabym popełnić błędu.
- Jak dotąd, nie popełniła pani żadnego.
- Nigdy nie bywałam w towarzystwie i oczywiście nigdy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl