[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wielkie halo, że to jest jego porąbane dzieciństwo! Dlatego moja sztuka, którą robię, to właśnie
te ulotki, które projektuję. To mój imperatyw: szybko się je robi i nie trzeba się godzinami
namyślać, jaką wielką uniwersalną myśl o życiu ludzi na Ziemi wmawiać ludziom, że się w nich
zawarło! Co pijesz?
 Biowater C  powiedziała Farah do barmanki.
 Zwariowałaś?! Bierzemy dwie podwójne na skałach.
Działały sprawnie, szybko, bez celu.  Hej, Tracy, ślicznotko  powiedział brodaty
chłopak, podając Farah skręta; migdałowate oczy dziewczyny uśmiechnęły się do niej przez
dym; zamówiły następną kolejkę whisky, popiły ją piwem, które ktoś dał im do potrzymania,
Dominique grała na oboju. Widziała, jak dziewczyna bierze od kogoś papierosa i zakłada sobie
za ucho. Z każdym drinkiem Farah była bardziej zaskoczona, bardziej urzeczona, że taka
kompletnie zbzikowana... taka... taka...
 Nie mówiłam ci, jak mam na imię?  spytała Go.  Kompletnie zdziwisz się. Mam
na imię Go.
 Go?
 Gosza. Ale spróbuj mieć na imię Gosza. Nikt tego nie może wymówić, zostało tylko
Go. Więc mam na imię Iść  westchnęła.  Chociaż chyba jednak mam na imię Idz. Chris
zrozumiał to dość dosłownie i nie zrobił nic innego, tylko odszedł. Oczywiście bardzo pomógł
mu w tym ten wafel, ten artysta z koziej pałki.
 Czym on się zajmuje?  spytała Farah, ta tygrysica konwersacji.
 Rzecz jasna sztuką. Ale jak chcesz obcować z jego niepowtarzalnymi dziełami, nie
marnuj czasu i kasy na metro. Wez parę brudnych patyczków do uszu i namaluj kutasa ołówkiem
z Ikei. I przeleć jakiegoś ważniaka z wyliniałą bródką, żeby tylko stał przy tym i powtarzał  Hm,
to niezwykłe zderzenie dojrzałego przekazu z infantylną estetyką odpadu i bazgrołu albo
 W regresywnym cudzysłowie artysta umieszcza traumatyczne doświadczenie cielesnego
zbliżenia .
Ale powstrzymaj mnie, jeśli tylko znowu zacznę o tym gadać. To miał być mój
Wieczór-Bez-Chrisa. Jednak kiedy tylko mówię  To mój zajebisty, zwariowany
Wieczór-Bez-Chrisa , to od razu staje mi w oczach wiadomo kto i zaczyna być to mój
niezajebisty, podły Wieczór-Bez-Chrisa-Ale-Mimo-To-Z-Chrisem, czyli najgorszy, najgorszy
rodzaj wieczoru, jaki może mi się przydarzyć. Chcesz? Pozlewałam nam wino, pełno osób nie
dopiło. Nie można dopuścić do takiej niegospodarności w Princetown w czasach, gdy alkohol
tak poszedł w górę!
Fah posłusznie wypiła kilka podanych jej kubeczków mało wykwintnego trunku mało
wykwintnym duszkiem. Bez cackania się; ten trick pokazywali jej nieraz piraci przy rozpijaniu
dwustuprocentowego spirytusu z ludzkich czaszek. Wiedziała tylko, że nie chce wcale iść
do domu, nawet jeśli jutro w drodze do pracy worki pod oczami będą się jej plątać pod nogami.
Znacie te charakterystyczne momenty, kiedy trzymacie się histerycznie jakiejś chwili, nie chcąc
wypuścić jej w przeszłość: chcecie sobie ją nagrać, zabrać, puszczać w kółko, nieważne, że wasz
magnetofon lada chwila zamieni się w dynię, kaseta w kalarepę, a wasza szpanerska koszulka
z Sex Pistols w poplamioną łojem ścierkę do naczyń.
Och, niechby ją widziała teraz Joanne! Roześmianą, a przynajmniej... uśmiechniętą,
gadającą... no... słuchającą... otoczoną przez... a w każdym razie STOJC NIEOPODAL
bohemy. Ją, tę biedną, głupią Farah; po prostu spaliłaby się z zazdrości! Zepchnęłaby hungarystę
z patio, aż stoczyłby się po urwisku prosto do oceanu, gdzie wygłodniałe syreny rozszarpałyby
go na strzępy. Pochowałyby się po kątach i wrakach jachtów, zabawiałyby się resztę dnia,
pieszcząc się jego sczerniałymi rękami. Joanne zaś zawróciłaby pinto i pędziła na łeb na szyję,
by też tu być, ale... Za pózno, Joanne, trzeba było wpaść na to wcześniej.
 Mówiłam ci już o Chrisie i tym jego...?  spytała Go, gdy wychodziły, ale przerwało
jej sążniste czknięcie. Jednocześnie wyciągnęła z torebki centymetr krawiecki, kilka starych
biletów i jednorazową skarpetkę do mierzenia butów, co wyglądało jak prestidigitatorski trick.
 Och, cholera, ten skurczybyk nasikał mi do torebki!
 Co?  spytała jeszcze Farah, zatoczywszy się i złapawszy nosem smugę kociego
moczu.
Nagle zrobiło się pózno, wszyscy gdzieś się rozpierzchli. Przed galerią walały się zmięte
kubki. Gdzieś w oddali błyszczały neony centrum.
 A tak w ogóle: gdzie mieszkasz?
 W Bath  czknęła Farah.
 W Bath?  czknęła Go, usiłując złapać taksówkę.  A na jakiej ulicy? Złapię taksę.
Nie chce ci się chyba tłuc tymi okropnymi autobusami, pełnymi nieprawdopodobnych
bezdomnych i ich starych wieszaków?
Czy ja zwariowałam?  próbowała dociec Farah. To były jeszcze resztki jej
przytomności, absolutne niedobitki. Taksówka do Bath będzie kosztować z siedemdziesiąt
dolców. Go zaś zatrzymuje już żółtego vana, spokojnie wyglądając sobie na osobę, która ma
w torebce siedemdziesiąt centów, siedemdziesiąt papierków po gumie do żucia i siedemdziesiąt
prezerwatyw, ale to wszystko, czego ma siedemdziesiąt i... i...
 Do Bath  mówi już jednak taksówkarzowi, głośno bekając.  Przejadę się z tobą,
mam tam niedaleko znajomych. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl