[ Pobierz całość w formacie PDF ]

był jednak pewny, czy ona da mu szansę. Nie miał pojęcia, czy odwzajemnia jego
uczucia.
Gorące łzy napłynęły jej do oczu.
– Och, Jord...
Uniósł dłoń.
– Pozwól mi dokończyć, Chloe. Jordan wziął urlop. Nie robił sobie wakacji,
odkąd przejął firmę, więc chyba należało mu się trochę wolnego. Jeśli chodzi o
sprawy mieszkaniowe, Jordan z racji swojej pracy krążył pomiędzy Perth a
Melbourne, lecz zamierzał otworzyć filię w Sydney. Mógłby więc razem z Blondie
spędzać czas w tych trzech miastach. Gdyby tylko zgodziła się z nim być. Gdyby
tylko go kochała. Gdyby...
– Blondie podobają się plany Jordana. Całkowicie odwzajemnia jego uczucia.
Dość gadania! – zawołała, wskoczyła mu na kolana i pocałowała w usta.
Jordan wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni, gdzie kochali się bez słów i bez
pośpiechu. Gdy kilka godzin później się obudzili, wieczorne niebo płonęło
wszystkimi odcieniami czerwieni. Jordan sięgnął do swoich dżinsów i wyłowił z
tylnej kieszeni małe, kwadratowe pudełko.
– Założysz ją?
Oczom Chloe ukazał się znany jej złoty pierścionek ułożony na kawałku
niebieskiego atłasu.
– Moja obrączka ślubna – powiedziała na głos, przywołując z pamięci wszystkie
wspólne chwile, które przeżyli, gdy udawała w Dubaju panią Blackstone. – Nie
jesteśmy małżeństwem.
– A chcesz, żebyśmy byli?
Spuściła głowę.
– Mówiłeś, że małżeństwo to nie twoja bajka – przypomniała mu ze smutną
miną.
– Kiedyś tak uważałem.
– Opowiesz mi o Lynette? – poprosiła cichym głosem.
Jego twarz momentalnie spochmurniała.
– Lynette była atrakcyjną, inteligentną kobietą... a przede wszystkim
manipulantką. Naciągaczką. Chciała tylko dobrać się do moich pieniędzy.
– To dlaczego prawie się z nią ożeniłeś?
– Byłem głupcem. Wierzyłem w jej kłamstwa. Świetnie udawała, że jest we
mnie zakochana. Mówiła, że chce założyć ze mną rodzinę, prowadzić fundację
charytatywną, pomagać dzieciom. – Westchnął ciężko. – Miałem dom w centrum
Melbourne, który zamierzałem sprzedać, ale podarowałem go Lynette tydzień
przed ślubem. Mieliśmy się pobrać w Las Vegas. Byliśmy umówieni na lotnisku,
ale ona nie przyszła. Okazało się, że dzień wcześniej sprzedała dom. Mówiąc
krótko, uciekła z forsą. Nigdy więcej jej nie widziałem.
– Próbowałeś ją znaleźć?
– Nie. – Potrząsnął energicznie głową. – Nie po tym, co mi zrobiła. To wszystko,
Chloe. Nie chcę już nigdy więcej o niej rozmawiać.
– Dziękuję, że wreszcie opowiedziałeś mi tę historię. Mam pomysł – rzuciła z
poważną miną. – Obiecajmy sobie nawzajem, że już nigdy nie będziemy
rozmawiali o naszej przeszłości.
– Zgoda.
Powolnym, leniwym ruchem pogłaskał jej włosy, a ona pogładziła jego tors.
– Jesteś głodny? – zapytała, by zmienić temat.
– Nie jadłem, odkąd wyjechałem z Melbourne.
– Boże – jęknęła. – Czyli od kiedy?
– Było jeszcze ciemno. Nic więcej nie pamiętam, Chloe. – Delikatnie wsunął
złoty pierścionek na palec jej prawej dłoni. – Noś go na tej ręce, dopóki się nie po-
bierzemy. Nie wiem, kiedy to nastąpi. Za miesiąc? Za rok? Decyzja należy do
ciebie. Chcę jednak, żebyś go nosiła. To symbol naszego związku. Tego, że
jesteśmy oficjalnie razem. Dobrze?
Chloe uśmiechnęła się promiennie, wpatrując się w Jordana zamglonymi
oczami.
– Dobrze. – Po chwili namysłu dodała: – Boże Narodzenie.
– Słucham?
– Pasuje ci taki termin?
– Czy mi pasuje? – powtórzył, uśmiechając się szeroko. – Jest idealny. Tak jak
ty. – Zaciągnął się zapachem jej włosów, który kojarzył mu się teraz z... domem.
Tak, w Chloe odnalazł swój prawdziwy dom, którego nigdy tak naprawdę nie miał.
– Życzysz sobie wielkiego wesela czy wystarczy ci wizyta w urzędzie stanu
cywilnego?
– Wszystko mi jedno. Wiem tylko, że chcę, aby na naszym ślubie byli obecni
moi rodzice.
– Już się z nimi widziałaś?
Pokręciła głową.
– Chciałam poczekać do końca remontu. – Westchnęła zakłopotana. – Wiem,
jestem tchórzem. Ale robię postępy. Dzisiaj rano rozmawiałam z mamą przez
telefon. Pierwszy raz od paru lat. Czuję, że coś się między nami zmieniło. Nie
jestem jednak gotowa na to, aby stanąć z nimi twarzą w twarz... Potrzebuję jeszcze
paru tygodni.
Zacisnął rękę na jej dłoni, aby dodać jej otuchy.
– Pójdziemy tam razem – oświadczył.
– Naprawdę?
– Oczywiście. Jesteśmy wspólnikami. Stanowimy jedną drużynę. A twoi rodzice
to moi przyszli teściowie. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. – Ze zniewalającym
uśmiechem dodał: – Jak w bajce.
Chloe oparła brodę na jego torsie, popatrzyła w jego błękitne, głębokie oczy i
ujrzała w nich przyszłość.
I wieczność.
– Wiesz, jak kończą się wszystkie dobre bajki? – zapytała.
Skinął głową.
– I żyli długo i szczęśliwie – wyszeptali oboje jednym głosem. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl