[ Pobierz całość w formacie PDF ]

W sklepie kupca bławatnego panował tłok, Lavender odniosła jednak wrażenie, że
gdy tylko przeszły przez próg, wszystkie rozmowy ucichły. Natychmiast powę-
drowała spojrzeniem za ladę, przy której Arthur Hammond obsługiwał jakąś
klientkę. Nigdzie nie było widać Barneya. Lavender nie wiedziała, czy ma się
cieszyć, czy smucić, a na dodatek coś jej mówiło, żeby odwrócić się i uciec.
Arthur Hammond uniósł głowę i na jego rumianej twarzy odbiło się
niezdecydowanie. Lavender po raz pierwszy miała okazję zobaczyć, jak się waha
wobec szlachetnie urodzonych klientów. Najwyrazniej znalazła się w
niejednoznacznym położeniu, skoro nie zgodziła się poślubić jego przybranego
syna, a on bez wątpienia wciąż boleśnie przeżywał sposób, w jaki Lewis wyrzucił
go z Hewly. Jednak lady Annę i panna Coving-ham były zbyt ważnymi klientkami,
aby je ignorować. Przez chwilę się namyślał, po czym podszedł bliżej, znów się
cofnął i ostatecznie zdecydował się do nich zwrócić.
- Szanowne panie - ostentacyjnie unikał patrzenia na Lavender - czym mogę
służyć?
Lady Annę i Frances jednocześnie spojrzały na Lavender, która liczyła na to, że
bezszelestnie zapadnie się pod ziemię.
- Chciałabym... miałam nadzieję... zobaczyć się z panem Barneyem Hammondem.
Szept poszedł po klientach, którzy tymczasem, udając zainteresowanie belami
materiału zgromadzonymi nieopodal miejsca, gdzie stała Lavender, przysunęli się
bliżej, by lepiej słyszeć. Twarz Arthura Hammonda zmartwiała z niechęci.
- Syna nie ma w domu! Przepraszam, panno Brabant, ale jestem zajęty i nie mam
czasu na próżne gadanie!
Lady Annę spojrzała na niego z góry, zagarnęła dziewczęta i wyszła ze sklepu bez
zbędnych ceregieli.
- Ten człowiek jest wyjątkowo bezczelny, a do tego
niewychowany - zauważyła gniewnie. - Przypomnij mi, żebym nigdy już nie
kupowała w jego sklepach, Frances.
- Tak, mamo. - Frances choć raz wyglądała na przygnębioną. - Powinnaś była
przynajmniej spróbować się dowiedzieć, gdzie może być pan Hammond. Lavender
- zauważyła. - Teraz nigdy nie rozwiążemy zagadki.
Lavender nie odpowiedziała. Była tak nieszczęśliwa, że z przyjemnością
zostawiłaby zagadkę pochodzenia Barneya tam, gdzie było jej miejsce - w
przeszłości. Z początku uzbroiła się w odwagę, żeby się z nim zobaczyć, potem jej
nadzieje zostały pogrzebane przez Arthura Hammonda, a całe doświadczenie było
tak nieprzyjemne, że obiecała sobie w duchu, iż nigdy już nic postawi stopy w
sklepie bławat ni ka. Na szczęście zdążyła sobie kupić tyle kapeluszy i par
rękawiczek, że nie musiała chodzić na zakupy przez najbliższe parę lat.
- Obiecałam, że odwiedzę lady Perceval - powiedziała lady Annę, kiedy doszły do
wrót Perceval Hall. - Macie ochotę mi towarzyszyć?
- Nie, dziękujemy ci, mamo - odparła Frances apatycznie, spojrzawszy na twarz
Lavender. - Wrócimy do Hewly.
- Dobrze więc. Tylko idzcie prosto do domu i nic zbaczajcie z drogi.
- Nie, mamo.
- I nie idzcie skrótem przez las, żebyście nie zabłądziły.
- Nie, mamo.
- A ja niedługo do was dołączę. Na pewno z powrotem wezmę powóz.
- Tak, mamo.
Dalej szły w milczeniu i Lavender była wdzięczna Frances, że ma na tyle
delikatności, by nic nie mówić. Przynajmniej raz jej kipiąca energią przyjaciółka
wydawała się równie przybita, jak ona.
Odgłos podków na drodze wyrwał obydwie z apatii. Frances chwyciła Lavender za
ramię i pociągnęła na trawiaste pobocze, prawie w żywopłot.
- Lavender, uważaj! - podniosła głos. - Wielkie nieba! Pan Hammond - i pan
Oliver!
Lavender nigdy przedtem nie widziała Barneya na koniu i nawet nie wiedziała, że
umie jezdzić. Na tę myśl lekko wygięła wargi w uśmiechu, bo czyż nie był to ko-
lejny z jego sekretów? Dosiadał czarnego ogiera ze swobodą i znajomością rzeczy.
Jadący obok niego James Oliver lekko pociągnął wodze swojego siwka, za-
trzymując go, po czym uniósł kapelusz.
- Panna Covingham! Panna Brabant! Cóż za miła niespodzianka!
Po przelotnym zerknięciu na twarz Barneya Lavender natychmiast zorientowała
się, że dla niego ta niespodzianka nie należała do miłych. Wprawdzie spojrzenie
jego ciemnych oczu zatrzymało się na niej, ale nie dostrzegła w nim ani ciepła, ani
radości, na które w duchu liczyła. Było to nad wyraz krępujące. Zastanawiała się,
w jaki sposób ją powita, i właśnie poznała odpowiedz. Oświadczył się z
ociąganiem, ona odmówiła, a teraz nie zostało już nic prócz wyniosłej dumy.
James Oliver skwapliwie zsiadł z konia, okręcił sobie wodze na ramieniu i dalej
szedł u boku Frances, mówiąc coś z rozbrajającym entuzjazmem. Za to Barney
wyglądał, jakby był gotów przejechać obok, pozdrawiając je zdawkowo. Wreszcie,
najwyrazniej ulegając wrodzonej uprzejmości, zsunął się z siodła i stanął przy niej.
- Wszystko w porządku, panno Brabant?
- Tak, dziękuję panu. - Lavender poczuła, jak na policzki wpełza jej rumieniec.
Była ogromnie zakłopotana i musiała się przezwyciężyć, żeby na niego spój-rzec*.
Zdobyła się na ten wysiłek. - A u pana? Mam nadzieję. to znaczy mam nadzieję, że
u pana też wszystko w porządku?
- Tak, dziękuję pani.
Zaległo milczenie kontrastujące z wesołą pogawędką Frances i Jamesa Olivera,
którzy szli przed nimi. Najwyrazniej pan Oliver zamierzał towarzyszyć im aż do
Hewly. Nagle Lavender doszła do wniosku, że to zbyt długa droga, żeby ją
przebyć w milczeniu. Postanowiła poruszyć sprawę książki. Odchrząknęła.
- Panie Hammond, w samą porę się spotkaliśmy, bo jest coś, o co chciałam pana
spytać.
- Tak, panno Brabant?
Lavender pomyślała, że w głosie Barneya wyczuwa lekkie znudzenie.
- Chodzi o książkę, którą mi pan podarował. Myślałam o niej, bo powiedział mi
pan, że dostał ją w spadku po matce, a na stronie tytułowej widnieje herb
Kento-nów. Może wie pan na ten temat coś więcej?
Twarz Barneya nie wyrażała niczego. Nawet gorzej, pomyślała Lavender,
wyglądało na to, że cała sprawa jest mu całkowicie obojętna.
- Obawiam się, że nie, panno Brabant. Lavender westchnęła. Rozmowa
zapowiadała się na
jeszcze trudniejszą, niż można było się spodziewać Jeśli Barney w dalszym ciągu
będzie odpowiadał monosylabami.
- Jest pan pewien? To mogłoby być bardzo ważne! Widzi pan - wzięła głęboki
oddech - sir Thomas Ken-- n zobaczył tę książkę, będąc z wizytą w Hewly, i [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl