[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ludzi zwierzę do kontaktu z jezdzcem. Starał się wyciszyć nerwowy
niepokój konia, sprawić, by zaakceptował obecność człowieka, jego
dotyk.
JJ podeszła bliżej. Koń zareagował spokojnie. Nie poderwał się
gwałtownie na jej widok, jak to robił przedtem. Najwyrazniej metoda
117
RS
Dylana była skuteczna. JJ stała długą chwilę, obserwując mężczyznę i
konia. Rodzącą się między nimi więz. Teraz rozumiała, dlaczego
Henry tak się zachwycał Dylanem. Wystarczył jeden dzień, by
wzbudził zaufanie Claya, który przedtem, gdy ona lub Henry
próbowali do niego podejść, nieodmiennie wierzgał i stawał dęba.
Kiedy się napatrzyła, zostawiła ich samych. Wiedziała, że Dylan
ją znajdzie.
I będzie ją namawiał, by za niego wyszła.
Przyszedł do niej godzinę pózniej. Wmawiała sobie, że wcale na
niego nie czeka, ale w głębi duszy dobrze wiedziała, jaka jest prawda.
Siedziała u stóp samotnej, starej sosny o grubym pniu i
powykręcanych, nagich gałęziach. Dylan zatrzymał się naprzeciwko
niej. Podniosła głowę znad otwartego notatnika, w którym coś pisała, i
spojrzała na niego.
- To moje ulubione miejsce - odezwała się. - Lubię tu siedzieć.
- Dobrze cię rozumiem. - Rozejrzał się. - To drzewo jest
niesamowite.
- Jest martwe. - Zasępiła się, a on zmarszczył brwi, czując
dziwny niepokój.
- Faktycznie, wygląda, jakby było nawiedzone. - Usadowił się
obok niej na ziemi. Nie bał się, że pobrudzi dżinsy. Po pracy z końmi
były całe w kurzu.
- Ten gatunek jest bardzo trwały. Nawet kiedy drzewo uschnie,
stoi dalej setki lat - wyjaśniła. Marzyła o tym, by go dotknąć,
pocałować. Zamiast tego zaczęła przewracać kartki w notatniku.
118
RS
- Może powinniśmy wyryć na korze nasze inicjały? %7łeby też
przetrwać setki lat. - Wyciągnął rękę i odgarnął kosmyk włosów z jej
twarzy. - Chyba oszaleję z daleka od ciebie.
- Tak. Ja też... Ale nie możemy.
- Wiem. Henry ma swoje zasady. Jesteśmy u niego w domu i
musimy je uszanować. - Niesforny, jasny kosmyk znowu opadł jej na
czoło, więc odgarnął go jeszcze raz, ciesząc się, że ma kolejny
pretekst, by jej dotknąć. - Na szczęście niedługo jedziemy znowu do
Kalifornii.
Poderwała głowę, zaskoczona.
- Jedziemy? Nic o tym nie wiem.
- Nie mówiłem ci? Jesteśmy zaproszeni na ślub Thundera i
Carrie. Pomyślałem, że moglibyśmy się zatrzymać w tym samym
hotelu. W naszym bungalowie.
I kochać się do utraty tchu, aż całkiem opadną z sił, aż wreszcie
się sobą nasycą, dodała w myślach JJ.
- Po weselu Thundera moglibyśmy zacząć przygotowania do
naszego ślubu. - Położył swoją mocną, kształtną dłoń na jej dłoni. -
Powiedz, że się zgadzasz. %7łe zostaniesz moją żoną.
- Dylan, ja się boję. Boję się ciebie kochać - powiedziała cicho, z
wysiłkiem. Ale dość wyraznie, by ją usłyszał.
Drgnął, zaskoczony. Nie spodziewał się takich słów. Ona też
była w szoku. Nie chciała, by to wyznanie zabrzmiało tak obcesowo.
Nerwowo przewracała kartki notatnika.
- Przepraszam. Nie chciałam... - zaczęła.
- Nic się nie stało - uspokoił ją. - Wiesz, ja nawet nie myślałem...
119
RS
- O tym, czy mnie kochasz, czy nie?
- Nie wystarczy, że mam obsesję na twoim punkcie? - Zacisnął
pięść i zamachnął się nią gwałtownie, jakby się chciał uderzyć w
żołądek - Kiedy pomyślę, że miałbym żyć z dala od ciebie, czuję się
tak, jakbym dostał pięścią w brzuch.
Poczuła, że ogarnia ją panika. W jego obsesji było coś
mrocznego.
-Może powinniśmy po prostu zostawić wszystko tak, jak jest? -
zasugerowała nieśmiało.
- Nie ma mowy. Nie mogę cię stracić. Chcę zasypiać i budzić się
przy tobie codziennie, przez resztę życia.
- Potrzebuję więcej czasu, Dylan. Nie mogę... Zamknął jej usta
pocałunkiem, tak intensywnym jak ból,który przeszywał mu pierś, i
jak lęk, który odczuwała ona.
Zagubiona, oplotła jego szyję ramionami. Smakował dzikością i
swobodą, wiosennym wiatrem i śniegiem topniejącym na szczytach
gór w promieniach słońca.
Miała ochotę rzucić się na niego, rozerwać koszulę na jego piersi
i przylgnąć do jego serca. Pozwolić sobie na to, by się w nim
zakochać bez pamięci.
Ale coś ją powstrzymywało. Niejasne poczucie zagrożenia.
Instynktowne wrażenie, że coś jest nie tak. W jego oczach wciąż się
czaił mrok.
- Jak długo każesz mi czekać na odpowiedz? - spytał desperacko.
- Nie wiem - wydusiła.
120
RS
- Będę czekał na ciebie do końca życia. - Zapatrzył się na
wiekową sosnę. - Nawet setki lat, jeśli będzie trzeba. Chcę tylko
ciebie. %7ładnej innej.
- Nie mów tak. To tylko pogarsza sytuację. Sprawia, że bardziej
się boję.
- Nie obwiniaj mnie za to, co czuję. Nie mogę tego zmienić.
To właśnie był cały problem. Ona też nie mogła zmienić swoich
uczuć. Bezradności wobec emocji, które wywołał swoimi
oświadczynami. I tego, że gdzieś w głębi duszy aż do bólu pragnęła je
przyjąć.
- Muszę wracać do pracy - rzekła, wstając.
- Pocałuj mnie jeszcze raz.
- Dobrze. Ale tylko raz - wyszeptała. Nienawidziła siebie za to,
że tak rozpaczliwie potrzebuje jego bliskości.
Tym razem pocałunek był delikatny i czuły. Ich usta stopiły się
w jedno i tak trwali, aż JJ znalazła dość sił, by się od niego oderwać i
odejść.
Dylan robił, co mógł, żeby nie mieć czasu na myślenie. Wolał
się raczej zapracować na śmierć. Razem z pomocnikami Henry'ego
wziął się za budowanie zagrody dla koni na czas weekendowych
pokazów. Nieopodal, na łące, od paru godzin kręcił się chłopaczek,
Billy czy Bobby, Dylan nie pamiętał dokładnie. Malec przyglądał się
pracy mężczyzn z powagą nadzorcy. Towarzyszyła mu duża świnia.
-Wie pan, że świnie lubią, kiedy je głaskać? - zagadnął w pewnej
chwili Dylana, nie przejmując się, że mu przeszkadza.
121
RS
Zaciekawiony Dylan kucnął obok chłopca. Nie był
przyzwyczajony do dzieci; zazwyczaj trzymały się od niego z daleka.
- Nie wiedziałem - przyznał.
- Bardzo lubią - ciągnął chłopaczek tonem znawcy. -Można je
skrobać za uszami i drapać po brzuchu. Uwielbiają też jabłka. Jak mój
Louie jest grzeczny, daję mu jabłko w nagrodę.
Dylan uśmiechnął się, dziwnie wzruszony. Billy albo Bobby
miał jasną cerę, strzechę ciemnozłotych włosów i osiem, może
dziewięć lat. Magiczny wiek.
- Louie? Tak się nazywa twoja świnka?
- Tak. Nadałem jej imię mojego dziadka.
Dylan parsknął śmiechem. Kilku pracowników rancza, którzy,
pracując, przysłuchiwali się rozmowie, zarechotało do wtóru.
- Dziadek się ucieszył, że ma imiennika? - chciał wiedzieć
Dylan.
- Nie mógł. Umarł w zeszłym roku, zanim dostałem od rodziców
Louie. - Chłopczyk skrzywił się trochę. - Miałem tylko tego dziadka.
Drugiego w ogóle nie znałem.
Dylanowi nie było już do śmiechu.
- Przykro mi - powiedział z powagą. - Wiem, co czujesz, bo ja
też znałem tylko jednego dziadka, tatę mojej mamy. I było mi bardzo
smutno, kiedy umarł.
-I nie nazwałeś żadnej świnki jego imieniem, na pamiątkę? -
spytał chłopiec.
- Wiesz, ja nie hoduję świnek. Ale mam konie.
122
RS
Dylan ciągle kucał obok chłopca, by mieć twarz na poziomie
jego twarzy. %7łałował, że nie zapamiętał jego imienia.
Potem wyobraził sobie, jak z Julią będą wybierali imiona dla
swoich dzieci. Odkąd poprosił ją o rękę, w kółko myślał o rodzinie,
którą założą. Właściwie nie mógł myśleć o niczym innym. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl