[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wrażenie, że się urwał jak blok kamienny od jakiejś wielkiej budowli i że spadł w miękkie
błoto. Piersi miał ściśnięte. Ból głowy. Ponieważ nic nie miał w ustach od wieczornej uczty u
Maxima, więc zeszedł z piętra, gdzie się mieścił numer, do jadalnej sali na dole. Dano mu
miejsce przy osobnym stoliku.
W sali byli oficerowie marynarki, ludzie przeważnie starsi, żarłoki i bibosze. Opowiadali
sobie nawzajem sprośne głównie anegdoty i całym stołem ryczeli ze śmiechu. Raz w raz po-
wtarzała się jakaś historyjka... Było to zaskoczenie uczuć przybłędy z innej strony. Była to
napaść życia na jego samotną duszę. Taki oto śmiech zostaje z cierpień, które on przeżył i
przeżywał.
To jest koniec miłości, a taka jest niewątpliwa fotografia życia! Ten śmiech i te anegdoty
działały na niego bardziej, niżby mogła działać publiczna zniewaga. Wszystko, co czuł, od-
bywało się w milczeniu, którego już nikt nie był świadkiem. Jedyna sąsiadka  śmierć  przy-
siadała się po przeciwległej stronie stolika i wyciągała pomocną dłoń... Ale podnosił na nią
mężne oczy, aż znikała i puste było miejsce przy stole, które niedawno zajmowała Xenia.
Brał do ust potrawy i niby pił wino.
Lecz wreszcie nie mógł znieść tej sali, gwaru i rozmów. Wyszedł stamtąd na wybrzeże.
Straszne przywitało go morze  szerokie rozlewisko Girondy  dziki szum przypływu. Była
to katownia uczuć. Szedł daleko, drogą od strony morza obmurowaną, wśród przepychu will i
pałaców zbogaconych winiarzy z Bordeaux. Myśli chłostał wiatr, czucia rozdzierał morski
szum.
Jakże pragnął umrzeć! Nie dzwigać już w sobie bezsilnie potwornego wężowiska uczuć,
wspomnień, widzeń! Lecz nie mógł umrzeć. Miał przecie w ręku zapisane miliony. Musiał
żyć. Posiadał na wybrzeżu wielkie tereny, które należało przebiegle sprzedać. Z wielkim zy-
skiem. W takim celu przecie przyjechał do tego miejsca. Na zawrocie zatoki, która się poczy-
nała w kierunku wielkiej latami w Coubre, porwany został z nagła przez nową rozpacz, przez
zamieć żalu, przez wicher przerażenia. Zlazł na dół, na plażę, i szedł po mokrym piasku w
ciemności. Fale przychodziły z oceanu, płytkimi szły zagony plącząc się u jego stóp, garnęły
na wybrzeże piany i huczały jak otchłań zemsty. Nienaski wiedział za pośrednictwem uczuć,
że to jest zemsta za zemstę, której dokonał na Xeni.
Zeszła noc głucha, dzika, nadmorska. To wielkie letnisko, w którym mieści się latem  pół
Paryża , teraz, w marcu, było puste, jak gdyby wymarłe. W pozamykanych hotelach, willach
i domach nie było ani jednego światła. Olbrzymie skrzydło latarni, opisujące półkole o sie-
demdziesięciu kilometrach promienia, przeszukiwało otchłanie i samotnie morza. Nienaski
patrzał w tę pustynię, która się co jakiś czas ukazywała. Jęk rozpaczy, stękanie żądzy, żeby
się zapaść w tę ciemnicę, dokąd już żadne światło nie dolała!... Nie wiedzieć o głupocie prze-
żyć! Nie wiedzieć o nędzy uczuć! Nie wiedzieć o zródle uczuwania! Zapomnieć! Ale z mroku
właśnie, z topieli wód wychylał się niezniszczalny uśmiech bogacza, który wczoraj w koryta-
rzu szedł obok Xeni i taksował oczyma wartość jej urody. Ten uśmiech tryumfującego bydlę-
77
cia ludzkiego był trwały i niezniszczalny. Ten uśmiech zwierzęcej pewności mocniejszy był
niż ciemność niezgłębionej nocy, niż głęboka bezdenność morza, niż władza wiecznego przy-
pływu. Patrzał w zranioną duszę z tej nocy, wychylał się z topieliska, gdy światło latarni prze-
sunęło się i przygasło.
Nie! Nie można było przebaczyć! Czuł wciąż jeszcze ogień zemsty! Wznosiła się w nim
zemsta bardziej olbrzymia niż ocean i mocniejsza niż jego siła.
 Nie mogę żadną miarą zapomnieć! Nie mogę darować!  mówił do kogoś cicho, w
omdleniu, upadając z bezsiły, zlany potem. Stał w tym miejscu długo, jakby czekał na wy-
zwanie, na pozew czy na wyrok. Lecz gdy zamiast wyroku nadciągnęła nowa nawałnica
uczuć, uchodził przed nią dalej a dalej. Trafił w mroku na szosę twardą, chociaż okrytą war- [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl