[ Pobierz całość w formacie PDF ]

bezwzględności jankeskich poborców podatkowych i o spekulantach z Pomocy, wszelkimi
możliwymi sposobami wydzierających ludziom ich majątki. Ponadto, mimo że wojna się skończyła,
wiedział, jak przywitają go w Georgii sąsiedzi, którzy przeżyli marsz Shermana, kiedy dowiedzą się,
że przyłączył się do najezdzczej armii. Mógłby próbować zataić gdzie spędził ostatnie pół roku, ale
wiedział, że prędzej czy pózniej prawda wyjdzie na jaw. Miał czternaście lat i żadnych widoków na
przyszłość. Nie miał co z sobą począć.
Nie przestawał obserwować Ryersona, kiedy ten stopniowo, dzień po dniu, szykował się do
odejścia. Załatwiał formalności, doglądał zwalniania swoich ludzi. Wreszcie oddział na dobre
przestał istnieć. Tych, którzy zostali, przydzielono do innych jednostek. Zresztą nie było ich zbyt
wielu. Pewnego dnia Ryerson wyszedł z namiotu i nie miał już na sobie munduru. Był w koszuli w
czerwoną kratę i w spodniach jeszcze sprzed wojny. Zachował oficerski pas i rewolwer. Kaburę
trzymał zapiętą. Oficerskie buty, polowy kapelusz i szelki dopełniały stroju. Na ramieniu kołysały mu
się torby od juków. Pod pachą niósł szablę i karabin. Skinął na Milesa, a ten czując nagłą pustkę w
żołądku przyglądał się, jak zmierza w stronę swojego konia, którego wcześniej kazał mu osiodłać.
Mężczyzna wspiął się na siodło i spojrzał nań z góry.
 A więc dokąd się teraz wybierasz?  spytał, wsuwając karabin do olstra. Obok niego wcisnął
szablÄ™.
 Jeszcze nie wiem.  Chłopak wzruszył ramionami. Postanowił nie dać po sobie poznać, jak
bardzo czuje się zawiedziony jego odejściem.
 Mógłbyś pojechać ze mną.  Ryerson powiedział to tak lekko, że chłopak nie był pewien, czy się
nie przesłyszał. Serce jednak zabiło mu żywiej, a do żołądka napłynęła fala gorąca. Z całych sił
starał się panować nad sobą. Jeszcze raz wzruszył ramionami.
 Znaczy, dokÄ…d?
 Sam jeszcze nie wiem. Może na zachód. Jedno jest pewne  tu nikt nie zostaje.
 Myślałem, że ma pan rodzinę w Nowym Jorku.
 Bo i mam.  Mężczyzna przyglądał mu się, kołysząc się z lekka w siodle.  Ale myślę, że dadzą
sobie radę beze mnie. Zresztą, to nie żona czy coś takiego. Tylko siostra i jej dzieciaki. Straciła na
wojnie męża i nawet zastanawiałem się, czyby nie wrócić i nie pomóc jej, ale zrobiłem już tyle dla
innych, że chyba czas pomyśleć o sobie. Cóż więc powiesz?
94
95
 Właśnie się zastanawiam.
 Dobrze, tylko nie zastanawiaj się zbyt długo, bo cię zostawię.
 Jak daleko na zachód?
 Widziałeś kiedyś Missisipi? Chłopiec pokręcił głową.
 My pojedziemy jeszcze dalej. Pomyślałem, że warto by zwiedzić kawałek kraju. No, co? W czym
problem?
 Dlaczego wcześniej mnie pan nie spytał?
 Nie byłem pewien, czy chcę, żebyś ze mną jechał. Teraz jestem. Miles podniósł głowę i patrząc
na twarz mężczyzny zastanawiał się
nad tym, co usłyszał.
 Nie mam konia.
 Dostaniesz konia.
 Potrzebne mi inne ubranie i może strzelba.
 Dostaniesz. »
 Dlaczego?
 Gdybym wiedział dlaczego, to najpierw musiałbym wiedzieć, dlaczego tyle tu z tobą gadam.
Jedziesz czy nie?
 JadÄ™.
 No, to w porządku.  Ryerson wyciągnął do chłopca otwartą dłoń.
Początkowo chłopak nie wiedział, co ten gest ma oznaczać. Potem zrozumiał i uścisnął dłoń
mężczyzny. Serce waliło mu jak szalone i choć starał się zachować kamienną twarz, nagle poczuł, że
się uśmiecha. Radosny grymas wykrzywił mu usta, coś zapiekło go pod powiekami. Ryerson
odwzajemnił uśmiech. Chłopak zamrugał, oczy zaszły mu mgłą; na policzkach czuł wilgoć, a w ustach
słony smak. Nie mógł złapać tchu; w gardle coś go ściskało. Czuł jak wielka dłoń mężczyzny
delikatnie obejmuje jego dłoń i po raz pierwszy od czasu, kiedy zginęli jego rodzice  rozpłakał się.
Patrzył w górę, na wznoszącą się nad nim sylwetkę oficera i uśmiechając się przez łzy, szlochał
cicho.
Rzeczywiście zwiedzili ładny szmat kraju. Z Karoliny podążyli przez Tennessee i Kentucky w
kierunku Missouri i St. Louis. Przeprawili się przez Missisipi. Chłopak był trochę zawiedziony. Nie
była tak szeroka i rwąca, jak czytał o tym w książkach. Podobno stawała się taka bardziej na
południe. Dlatego zresztą obrali tę trasę, zamiast skierować się prosto na zachód. Dlatego, a także po
to, by  na ile to możliwe  uniknąć miejsc, gdzie wojna pozostawiła swe ślady. Oba powody były
równie ważne. Początkowo widywali spalone farmy i stratowane pola; żołnierze, już w cywilnych
ubraniach, ciągnęli drogami. Czasami, gdy Jankesi i Południowcy spotykali się, dochodziło
96
do bójek. Z reguły jednak obrzucali się tylko wrogimi spojrzeniami, klęli i prostując się, prężyli
pierÅ› i szli swojÄ… drogÄ….
Unikali miast. Obozowali w lasach, polowali, czasem przepracowali parę dni za jedzenie czy odzież.
Wszystkim brakowało pieniędzy. W miarę jak oddalali się od obszarów objętych działaniami
wojennymi, coraz rzadziej zdarzały się napięte sytuacje. Ten i ów z napotkanych na drodze
wędrowców witał ich uśmiechem. Farmerzy odkładali robotę, zapraszali na pogawędkę. Ludzie żyli
tu zwykłymi, codziennymi sprawami. Mimo to trudno było zapomnieć o wojnie; nie uwolnili się od
niej aż do przybycia do St. Louis. To ważne przemysłowo-handlowe centrum Unii przetrwało wojnę
bez żadnych szkód; rozwinęło się nawet, stanowiąc obecnie bramę na zachód. Rosły nowe domy, na
ulicach było gwarno i rojno. Zawitali tam pózną jesienią, pora robiła się chłodna; przezimowali [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl