[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Przyznał się do żałośnie niskiej liczby. Poklepałem go po przyjacielsku.
- Masz szczęście. Wujek Vaska nie jest samolubem. Dla starego kumpla żadne
poświęcenie nie jest za wielkie. Pozwolę ci samodzielnie wystartować, a jak się postarasz, to
nawet wyładować.
Jego wdzięczność była tak wielka, że przyznał się do posiadania wiecznego pióra
wypełnionego dwustuprocentowym alkoholem. Obaj strzyknęliśmy sobie i z uczuciem
zadowolenia obserwowaliśmy ładujące się oddziały. Kilka minut pózniej przytuptał do kabiny
jakiś pułkownik z imponującą brodą i w pełnym rynsztunku bojowym.
- Pasażerom wstęp wzbroniony! - zwróciłem mu delikatnie uwagę.
- Niech pan zamknie gębę, poruczniku. Mam taśmy z pańskim kursem.
- Dobrze. Mogę je dostać?
- Coo? Albo pan zwariował, albo żartuje - jedno i drugie jest w czasie wojny karalne.
- To chyba przemęczenie. Wie pan, brak snu...
- Tak - złagodniał nieco. - Trzeba to brać pod uwagę. To nie było łatwe dla nikogo, ale
mamy to już za sobą. Proszę włączyć obwód komenderujący.
Otrov nacisnął jakiś guzik, a na ekranie wyświetliło się: BACZNOZ (stanęliśmy w
postawie mocno zasadniczej). W chwilę pózniej ukazało się tam: PODA KURS. Pułkownik
wyjął taśmę z torby, a my podpisaliśmy się, zaświadczając, że była zapieczętowana. Otrov
wsunął ją do komputera, a pułkownik chrząknął z satysfakcją wynikającą z dobrze
spełnionego obowiązku. Na pożegnanie wypalił jeszcze przez ramię:
- I żadnych lądowań przy dziesięciu G, które skretyniali piloci uwielbiają, jak mocno
mi się wydaje, bo jak nie, to policzymy się na sądzie polowym.
Przez siedem straszliwie nudnych dni w drodze (Bóg wie dokąd), na zamrożonych
racjach żywnościowych i bez zmiękczających efektów alkoholu, byliśmy dodatkiem jedynie
do całkowicie zautomatyzowanego statku. Nikt do nas nie zaglądał. Jedyne drzwi do
pomieszczeń oddziałów desantowych zamknięte były na głucho, a klucz miał ów znajomy
skądinąd pułkownik.
Ostatecznie, jak powszechnie wiadomo, zabawa w wojnę składa się z dwóch
zasadniczych elementów: graniczącego z obłędem pośpiechu i paniki, która ogarnia dokładnie
wszystkich, oraz ogłupiającego do cna czekania nie wiadomo na co. Obecnie byliśmy
ogłupiani, między innymi przez komputer, który nie uznał za stosowne poinformować nas
nawet, dokąd lecimy.
Pułkownik zjawił się znowu w momencie wychodzenia z nadprzestrzeni.
- Proszę to wziąć, sprawdzić i podpisać - warknął.
Była to opisana wielkimi czerwonymi literami taśma pod tytułem  Inwazja".
Wpakowałem ją do komputera i od razu wszystko ruszyło szybciej. Po jednej stronie
rozbłysło żółtawe słońce, po drugiej pojawiła się błękitna planeta, a pośrodku cała cliaandzka
flota inwazyjna.
Nasz szwadron trzymał się statku dowódcy jak pisklęta kwoki, a planeta rosła na
ekranach. Nie cieszyłem się na inwazję. Tylko szaleniec cieszyć się może z nadchodzącej
wojny. Miałem jednak nadzieję znalezć tu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, w tym - jak
to możliwe? Wierzyłem dotąd, że inwazji nie da się przeprowadzić, a to, że właśnie brałem w
jednej udział, nie było jeszcze dość przekonywającym dowodem.
Siły uderzeniowe zadały kłam moim teoriom, wysforowując się do przodu. Gdy
planeta wypełniła przednie ekrany, ujrzałem wreszcie pierwsze oznaki wojny: małe iskierki
światła w bezkresie nocy. Rozpuściliśmy szyk i pojedyncze transportowce rozpoczęły desant
na określone cele. Pomajstrowałem przy radiu i przekląłem cliaandzką przezorność. Oto
schodziłem do lądowania wraz z wypełnionym wojskiem statkiem, nie wiedząc absolutnie,
gdzie wyląduję. Oczywiście dojrzeli nas już z planety, teraz nie można już było tego uniknąć.
Tylko co to za planeta? Naszym celem był jakiś port kosmiczny, do którego kierował nas
sygnał ze zrzuconej przez myśliwce osłony radiolatarni. Jego współrzędne dostaliśmy z ową
tajną taśmą.
- Przekaż pułkownikowi pierwsze ostrzeżenie i podaj mu wysokość - poleciłem
Otrovowi.
Lądowaliśmy prowadzeni przez komputer dokładnie po stycznej do sygnału radioboi.
Gdy wyszliśmy z chmur, dojrzałem pierwsze oznaki oporu. Wokół nas zaczęły wykwitać
czarne kłaczki. Zaczęli się wstrzeliwać, przeszedłem zatem na ręczne sterowanie i
przyspieszyłem opadanie, myląc tym samym komputer opeelu. Następna seria ułożyła się już
wysoko nad nami. Podałem komputerowi program utrzymania deceleracji jak najdłużej.
Zaprogramowałem też opuszczenie się do wysokości zero z opóznieniem dającym 10 G.
Oznaczało to, że będziemy spadać z maksymalną szykością, a zwalniać w minimalnym
czasie, dzięki czemu skróci się okres narażania się na ostrzał w powietrzu. Poza tym
pułkownik będzie miał swoje 10 G.
Odpaliły silniki hamujące. Maszyna zatrzymała się na wysokości równej
wierzchołkom drzew, a impet wcisnął nas w fotele. Gdy tylko zachrzęściły podpory, na-
cisnąłem przycisk rampy rozładunkowej. Maszyna zadrżała, żelastwo jęknęło i oddziały
desantowe weszły do akcji.
Wszędzie w pobliżu widziałem leje po bombach i zwały gruzu. Osłonę stanowiły
myśliwce bombardujące, ale nie było prawdopodobną rzeczą, by tylko one złamały opór.
Chyba że ten świat nie posiadał regularnych sił zbrojnych. Może to właśnie była tajemnica
sukcesu: wybiera się planety, które dojrzały do oskubania. W słusznej odległości za swoimi
oddziałami kroczył brodaty pułkownik. Miałem nadzieję, że flaki, które powykręcało mu
podczas lądowania, nie wróciły jeszcze na swoje miejsce.
- A teraz trzeba by znalezć coś do picia! - odezwał się Otroy i na samą myśl o chlaniu
gęba rozjaśniała mu się w uśmiechu.
- Pójdę się rozejrzeć, a ty siedz przy radiu i pilnuj tej wojny.
- To samo mówią wszyscy pierwsi piloci - poskarżył się.
- Przywilej stanowiska. Poczekaj, a któregoś dnia i ty z tego skorzystasz.
- Bar jest w porcie! - wrzasnął za mną.
- Nie ucz ojca dzieci robić! - odparłem z godnością i wyszedłem.
Wszystkie drzwi otworzyły się z chwilą lądowania, toteż bez problemów skorzystałem
z rampy. Było cicho, oddziały inwazyjne wyniosły się już z portu i nigdzie nie było żywego
ducha. Odnalazłem bar i na początek wysuszyłem piwo, po czym, dla utrwalenia, antecańską
Ladevandet. Ze starych i nowych znajomych ustawionych za barem ułożyłem zgrabny stosik i
zabrałem się do poszukiwania torby. W efekcie tych starań znalazłem się twarzą w twarz z
jakimś przerażonym młodziankiem. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl