[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Potrzebujesz przede wszystkim snu - powiedział.
- Z pewnością masz rację. - Oboje byli zbyt zajęci własnymi pomysłami, by zwrócić
uwagę na to, jak nienaturalnie uprzejma stała się ich rozmowa. - Zrezygnuję już nawet z ka-
wy. Wezmę tylko kąpiel. - Udała, że ziewa. - A ty? Masz zamiar jeszcze pracować?
- Nie, rano zabiorę się do pisania ze zdwojoną energią.
- A zatem dobranoc, Michael. - Uśmiechnęła się i wstała od stołu. Odczekam trochę i
wyjdę, zdecydowała w duchu.
- Dobranoc. - Gdy tylko światło w jej pokoju zgaśnie, postanowił, przystąpię do
działania.
Pandora siedziała w ciemnym pokoju i nasłuchiwała. Minęło półgodziny.
Najtrudniejsze, co ją czekało, to niepostrzeżenie wymknąć się z domu. Reszta będzie prosta.
Drzwi pokoju zaskrzypiały, gdy je otwierała. Wstrzymała oddech i odczekała chwilę,
zamieniając się cała w słuch. Cisza. Teraz albo nigdy, uznała i otuliła się płaszczem. Do
kieszeni włożyła latarkę, dwa pudełka zapałek i lakier do włosów w sprayu. Dla samoobrony,
gdyby ktoś wszedł jej w drogę. Wyszła do holu i zaczęła pomału schodzić na dół, sunąc
plecami po ścianie.
Ale przygoda, pomyślała, czując znajome uczucie podniecenia. Nie odczuwała go od
śmierci wuja Jolleya. Wymykając się z domu, pomyślała, jak bardzo ta sytuacja bawiłaby
wuja. Księżyc był jak rogalik, a niebo usiane gwiazdami. Nieliczne chmury ich nie zasłaniały.
A powietrze - głęboko zaczerpnęła tchu - było chłodne i rześkie. Rzuciwszy szybkie
spojrzenie na okna pokoju Michaela, skierowała się do lasu.
Tutaj panowały egipskie ciemności. Choć drzewa były pozbawione liści, grube konary
przysłaniały niebo, nie przepuszczając światła gwiazd. Wyjęła latarkę i świecąc na lewo i
prawo, szukała ścieżki. Nie spieszyła się. Nie chciała, żeby przygoda skończyła się zbyt
prędko. Szła powoli, nasłuchiwała i puszczała wodze fantazji.
Zewsząd dolatywały różne odgłosy. Wiatr unosił zeschłe liście, szumiał wśród igieł
sosen i świerków. Co jakiś czas rozlegały się bliżej niezidentyfikowane pomruki. Może to lis,
może szop, a może niedzwiedz, który jeszcze nie zasnął na dobre zimowym snem. Pandora
lubiła dreszczyk emocji. Jeśli idziesz sama przez las nocą i nie przepadasz za aurą tajemni-
czości, trudno to nazwać przyjemnością.
Pandora przepadała za wszystkim, co tajemnicze. Ponadto cieszyły ją zapachy - sosen,
ziemi, mroznego powietrza. Lubiła być sama, a co więcej, lubiła, gdy czekało ją coś, co
wymagało szczególnej uwagi i napięcia.
Zcieżka skręcała w lewo. Chata znajdowała się już niedaleko. Pandora zatrzymała się
nagle, pewna, że usłyszała przed sobą jakiś szelest i zobaczyła przemykający cień. Zbyt duży
jak na lisa. Przez moment przemknęło jej przez myśl, że może to niedzwiedz albo ryś.
Zaniepokoiła się. Co innego wyobrażać sobie spotkanie z którymś z tych drapieżników, a co
innego zetknąć się z nim nos w nos. Ale szelest ucichł, a ona poszła dalej.
Co zrobi, jeśli okaże się, że chata nie jest pusta? Jeśli zastanie w niej jednego ze swych
drogich krewnych? Na przykład wuja Carlsona czytającego przy kominku  Wall Street
Journal ? Albo ciocię Patience krzątającą się koło stołu ze szmatką do kurzu w ręku? Ta myśl
byłaby śmieszna, gdyby Pandora nie przypomniała sobie zdewastowanego wnętrza pawilonu.
Zebrała się w sobie i ruszyła naprzód. Jeśli ktoś tam jest, będzie musiał się
wytłumaczyć. Chata zamajaczyła tuż przed nią. Wyglądała tak, jak należało się tego
spodziewać - opuszczona, pusta i tajemnicza. Pandora trzymała nisko latarkę, skradając się do
ganku i o mało nie krzyknęła, gdy pod jej ciężarem zaskrzypiały schody. Przyłożyła rękę do
piersi, by uspokoić łomoczące serce. Potem pomału, ukradkiem podeszła do drzwi i
przekręciła gałkę.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Odczekała dziesięć sekund, zanim
odważyła się zrobić następny krok. Szybko omiotła wnętrze latarką i weszła do środka.
W tym momencie poczuła, jak ktoś oplata jej szyję ramieniem, i upuściła latarkę na
podłogę. Choć nie mogła wydobyć z siebie głosu, sięgnęła do kieszeni po spray. Nie zdążyła
go użyć. Ramię obróciło ją o sto osiemdziesiąt stopni i znalazła się twarzą w twarz z
Michaelem. Jego pięść zatrzymała się o parę cali od jej twarzy, jej ręka z aerozolem kilka cali
od jego oblicza. Znieruchomieli.
- Do diabła! - Michael opuścił rękę. - Co ty tu robisz?
- A co ty tu robisz? - warknęła. - I z jakiej racji rzuciłeś się na mnie? Mogłeś mi
zniszczyć latarkę.
- O mało nie złamałem ci nosa.
Pandora schyliła się po latarkę. Nie chciała, żeby widział, jak drżą jej ręce.
- Sądzę, że zanim zechcesz komuś zmiażdżyć szyję, powinieneś sprawdzić, kto to jest.
- Szłaś za mną - parsknął.
Rzuciła mu lodowate spojrzenie. Starała się nadrabiać miną, choć kolana wciąż się
pod nią uginały.
- Nie pochlebiaj sobie. Chciałam po prostu sprawdzić, czy nikogo tu nie ma, a nie
wchodzić ci w drogę.
-  Wchodzić w drogę . Dobre sobie! - Zaświecił jej latarką prosto w twarz, aż musiała
przysłonić ręką oczy. - A co, u licha, miałaś zamiar zrobić, gdyby ktoś tu był? Walczyć? [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl