[ Pobierz całość w formacie PDF ]

jedną różę.
Zatrzymali rikszę, podali prowadzącemu adres restauracji i usiedli. Zdążali po Duong
Tu-Do - ulicy Wolności, głównej ulicy Sajgonu, która miała kształt szerokiego bulwaru
prowadzącego z portu wprost do katedry.
Nowoczesne biurowce przygniatały swym ogromem domy starszej daty. Wszędzie
tętniło życie, ulice pełne były samochodów, riksz i rowerów. Sprzedawcy tłoczyli się jeden na
drugim, głośno zachwalając swój towar, a grupy mężczyzn oddawały się grom hazardowym
siedząc na chodniku.
Kobiety wietnamskie uchodziły za najpiękniejsze na Dalekim Wschodzie. Te godne
szacunku ubierały się w kolorowe suknie przypominające kimona, zaś wszędobylskie
prostytutki wystawiały na pokaz swe atuty polecając usługi każdemu amerykańskiemu
mężczyznie w zasięgu wzroku. Z wyjątkiem Gainesa, któremu druga dama do towarzystwa
nie była potrzebna.
Już po raz trzeci Gaines i Ann wybrali  Chez Louis", elegancką pozostałość po
czasach francuskiego kolonializmu. Nie było tam taniej niż w innych restauracjach, które jak
grzyby po deszczu powyrastały w mieście, lecz jedzenie podawano znakomite. Nawet jeżeli
wziąć pod uwagę fakt, że Gaines nie zaliczał się do znawców francuskiej sztuki kulinarnej.
Mieściła się w małym, niskim budynku, wciśniętym pomiędzy hinduski sklep z
żywnością a chiński bazar, gdzie można było kupić wszystko, począwszy od ubrań, a
skończywszy na klejnotach i suszonych rybach.
Zjedli duszoną wołowinę w sosie, rozmawiając o wszystkim: przeczytanych
książkach, wspomnieniach z domu i tym, co przydarzyło im się do tej pory, unikali jednak jak
ognia wojny i spraw z nią związanych. Należała im się przecież chwila ucieczki od piekła Lai
Khe i brudnej wojny w dżungli, która wydawała się im teraz odległa o tysiące kilometrów.
Gdy skończyli deser i delektowali się podanym alkoholem, Ann poruszyła temat, o
którym już dawno mieli poważnie porozmawiać.
Gaines nie pił zbyt wiele, przeciętnie trzy piwa w dniu wolnym, ale nic więcej. Czuł
się dobrze po smakowitym obiedzie, naprawdę odprężony, lecz nie na tyle, by zupełnie
zapomnieć o tym, gdzie są. Był tak samo czujny jak w dżungli na najmniejszy choćby sygnał
zagrożenia, który lada chwila mógł się objawić spoza szumu rozmów.
Zdawał sobie sprawę, że wojna nie kończyła się w dżungli, że ludzka dżungla w
mieście była tak samo niebezpieczna jak prawdziwa.
Tak czy owak dobrze wiedział, o czym mówi Ann, bo sam o tym wiele myślał. Dość
dawno jednak nie myślał w taki sposób o żadnej kobiecie, może kiedyś dawniej, nim poszedł
do wojska.
- Czy zdaje pan sobie sprawę, poruczniku Gaines, że spędziliśmy wieczór
rozmawiając o wszystkich rzeczach pod słońcem, ale nie zamieniliśmy ani słowa o nas?
Gaines spojrzał na zegarek.
- Lepiej się pospieszmy, jak mamy złapać autobus do bazy.
Uśmiechnęła się i westchnęła przesadnie.
- Wiedziałam, że będziesz żartował, kiedy zacznę o tym mówić - położyła swe ciepłe,
miękkie palce na jego twardej, posiniaczonej dłoni. - Kiedy zacznę mówić o nas.
Uśmiechnął się do niej. Podobała mu się, kto wie, może nawet coś więcej?
- Więc to tak wygląda? Czy mam rozumieć, że pozwolimy rozwinąć się temu, co jest
między nami i zobaczymy, co z tego wyniknie?
- Nie wiem. A ty co o tym sądzisz?
- Pamiętaj, że to ty zaczęłaś - zażartował.
- Wszyscy, którzy nas znają, myślą, że śpimy razem - zauważyła.
- Z wyjątkiem tych, co nas znają naprawdę - poprawił ją. - Wiedzą, że po prostu
jesteśmy przyjaciółmi. Ale wiem, co masz na myśli, Ann. Ja też wiele o nas myślałem.
- A to dopiero. Zastanawiałam się, czy ci to w ogóle przyjdzie do głowy.
- Dlaczego nie? - powiedział. - Cieszę się, że staliśmy się sobie bliscy, ale nie bardzo
wiem, co z tym zrobić, biorąc pod uwagę okoliczności. Lai Khe to nie pierwsza lepsza ulica w
domu.
Spojrzeli sobie głęboko w oczy.
- Moglibyśmy być kimś więcej niż przyjaciółmi. - odpowiedziała nie cofając dłoni.
- Jest ta cholerna wojna. Sam nie wiem, Ann. Nie jestem pewien, czy dobrze byłoby
zacząć myśleć o sobie poważnie, a potem stracić się, kiedy nadejdzie czas złapać kulkę.
- Na wszystko jest czas i miejsce - skinęła głową nie spuszczając wzroku.
- Może masz rację.
- A może potrzebujemy się nawzajem? Scott, mężczyzna i kobieta potrzebują siebie
nawzajem, by móc odczuwać coś więcej niż strach i ból. Teraz bardzo trudno o coś
prawdziwego.
- Wiesz przecież, że nie o to chodzi, że cię nie chcę - wtrącił Gaines.
- Miło mi to słyszeć - rzuciła na poły ironicznie.
- Zobaczysz, jak na mnie działasz, kiedy nie będę się mógł pohamować, uwierz mi.
Jej oczy błysnęły i uśmiechnęła się.
- Nie mam wątpliwości. Miło z twojej strony, że przyznałeś, że będzie kiedyś
pierwszy raz.
Gaines poczuł, jak fala gorąca obejmuje mu twarz, i miał cichą nadzieję, że się nie
zaczerwienił. Nie można powiedzieć, że był nieśmiały w stosunku do dziewcząt, wręcz
przeciwnie, nigdy nie miał kłopotów z umówieniem się na randkę. Ale to były dawne czasy.
Teraz nagle przyszło mu do głowy, że coraz bardziej zapomina, jak ludzie zachowują się
normalnie, w czasie pokoju. Jeżeli uda mu się przeżyć wojnę, może mieć kłopoty z
zaaklimatyzowaniem się w normalnym życiu.
- Nic nie przyznawałem - zaprzeczył - chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że
pomysł ten pociąga za sobą daleko idące konsekwencje.
- Konsekwencje - uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. - Za dużo myślisz. W sprawach
serca logika ma niewiele do powiedzenia.
Po raz drugi spojrzał na zegarek uważając, by nie strącić jej dłoni ze swojej.
- W tym przypadku możesz mieć rację - powiedział. - W takim razie dajemy sobie
spokój z autobusem do bazy. Nieobecność bez usprawiedliwienia.
- Już dobrze, ty mój służbisto - zgodziła się - ale jest też inne powiedzenie, [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl